Bieżący numer

Magazyn Sledztwo - spis treści

Ukarani ogniem

Mirek i Krzysztof znali się jeszcze z czasów podwórka, gdzie razem bawili się i grali w piłkę. Mimo pięcioletniej różnicy wieku nawiązała się między nimi dość silna więź koleżeńska. Kontakt utrzymywał się przez lata, głównie za sprawą bliskiego sąsiedztwa i wieczornego spożywania piwa. Zdarzały się też wspólne wypady na dziewczyny i sporadyczne, wykonywane razem prace. Jeden wiedział, co robi drugi i nie było w tym żadnej tajemnicy.

Krzysztof imał się różnych zajęć, nigdzie za długo nie zagrzewając miejsca. Rok wcześniej skończył technikum budowlane. Stałe dochody czerpał jednak z kradzieży, a nie ze zdobytego w szkole fachu – do normalnej pracy nie miał bowiem cierpliwości. Rabunków dokonywał spontanicznie lub wespół z zawodowymi złodziejami. Przy większych robotach brał do pomocy Mirka, ponieważ mu ufał. Nie było z tego wielkich pieniędzy, ale na furę i dziewczynki starczało, a reszta szła na wsparcie domowego budżetu. Krzysiek uspokajał tym samym sumienie rodziców.

Współpraca przy wymianie zagrabionych fantów na gotówkę układała się bezkolizyjnie, ułatwiała też dogadywanie się w innych sprawach. Włodek od czasu do czasu składał zlecenia na jakiś chodliwy towar, za który płacił ekstra cenę. Dobrze się obaj rozumieli, choć zarazem nigdy nie wyszli poza sferę czysto „biznesowej” znajomości.

Krzysztof nie znał wszystkich szczegółów sprawy, która gnębiła właściciela lombardu. Wiedział jednak, że chodziło o pożyczkę znacznej sumy pieniędzy, której zwrotu od ponad pół roku bezskutecznie domagał się Włodek. Prośby i nalegania nie odnosiły skutku. Dłużnik ciągle tłumaczył się brakiem możliwości spłaty zobowiązania i deklarował, że uczyni to jak najszybciej. Miesiące jednak mijały, a dług nadal nie został spłacony. Paser miał słuszne powody przypuszczać, że, jeśli czegoś nie zrobi, nie zobaczy tych pieniędzy jeszcze długo, a może nawet wcale. Zależało mu na tym, aby przestraszyć niesolidnego dłużnika – oraz jego rodzinę – i zmusić w ten sposób gościa do szukania forsy choćby pod ziemią. Zadaniem Krzysztofa było znalezienie chętnych, którzy za odpowiednim wynagrodzeniem dokonają stosownych „czynności”. (...)

O trzeciej w nocy 1 września 2005 roku Krzysztof zaparkował samochód pod blokami na miejscowym osiedlu. Noc przed rozpoczęciem roku szkolnego była spokojna, jakby wszyscy smacznie spali w oczekiwaniu na pierwszy dzwonek wzywający na lekcje. To im odpowiadało. Posiedzieli chwilę w samochodzie, a potem wysiedli, starając się nie hałasować. Mirek był objuczony plecakiem, w którym schował kanister. Przy każdym kroku benzyna chlupotała, na tyle jednak cicho, by nie musieli się obawiać, że kogoś obudzą. Domofon w bramie na szczęście nie działał. Weszli na drugie piętro i stanęli, pilnie nasłuchując. Wokół panowała wzorowa nocna cisza. Jeszcze nim weszli do budynku, sprawdzili, czy w którymś z mieszkań nie pali się światło. Szczególnie przypatrywali się oknom drugiego piętra. W żadnym nie świeciła nawet pojedyncza lampa. To też było uspokajające.

Dotarli do właściwych drzwi i Mirek wyciągnął z plecaka mały, pięciolitrowy kanister. Przez chwilę zastanawiali się, jak rozlać benzynę; dyskutowali bezgłośnie, gestykulując gorączkowo. W końcu Krzysztof odkręcił kanister i chlusnął dwa razy na obudowane boazerią wejście do mieszkania. Hałas wydawał się ogłuszający, a jednak chyba nikogo nie zbudził. Nasłuchiwali przez chwilę dla pewności. Trzęsącymi się rękami Mirek odpalił zapalniczkę i przytknął płomyk do boazerii. Ogień buchnął gwałtownie, osmalając brwi chłopaka.(...)

...ciąg dalszy w magazynie Śledztwo 3/2008.