Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Rano Adrian N., 37-letni policjant z kilkunastoletnim stażem nienagannej służby, jak zwykle przyszedł do pracy na swój posterunek. Bez szczególnego entuzjazmu, bo dzisiaj szykowała się robota głównie papierkowa, a on zawsze wolał pracę operacyjną, w terenie. Pisanie raportów i wypełnianie rubryczek nudziło go i irytowało, ale musiał zamknąć kilka rozpoczętych spraw i przekazać je do prokuratury. Humor poprawiała mu myśl, że wieczorem pójdzie rozejrzeć się na dworzec…
Od samego rana Czesław K. był podenerwowany. I miał powody. Chętnie starłby pięściami uśmieszek profosa, który żegnał go na progu celi i życzył nieszczerze, aby nigdy tu nie wrócił. A „Pastor”, ten świętojebliwy wychowawca? Z namaszczeniem nakazał mu rozstanie się ze złodziejstwem. – Zająłbyś się jakimś porządnym fachem, choćby murarką – Czesiek nie mógł ścierpieć umoralniającego tonu jego głosu, ale uśmiechał się. Bo musiał. No i w sumie „Pastor” miał rację, bo w murarce był dobry. Przez ostanie trzy lata wyremontował z kolegami prawie całe więzienie. Trzy lata z jego dwudziestopięcioletniego życia zmarnowane w kiciu, ech... – pokręcił głową.
Tamtych dwóch siedziało na ławce przed bocznym wejściem na dworzec, w ustronnym miejscu osłoniętym krzakami. Pili piwo i rozmawiali. Czesiek od razu wyczuł swojaków.
– Te, fetniak, co jest grane? – zapytał jeden z nich, osobnik około pięćdziesiątki, ubrany w podniszczoną skórzaną kurtkę.
– Coś kręcisz w okolicy? Patrzyli na niego badawczo, uważnie, pociągając piwo z puszek.
– E, nie, ja tak tylko – odpowiedział.
– Dzisiaj rano wyszedłem. Trzy lata wakacji w pierdlu miałem. Wyraźnie się ożywili, kiedy to usłyszeli.
– To warto by uczcić tę szczęśliwą okoliczność – powiedział drugi, niski brunet, młodszy od kompana, ubrany w poplamioną sztruksową marynarkę.
– Obyczaj ferajny jest, że kto wychodzi, ten stawia. Tu niedaleko jest taki sklepik… (...)
Czesiek obudził się, kiedy zapadł już zmierzch, przemarznięty do szpiku kości. Była późna jesień i wieczorami robiło się naprawdę chłodno. Wzdrygnął się, otulił w swoją znoszoną kurtkę i rozejrzał dookoła. Po kompanach od kieliszka nie było ani śladu, jedynie pod ławką walały się dwie puste butelki i zgniecione puszki po piwie. To tak mnie pilnują – pomyślał, po czym, tknięty niedobrym przeczuciem, złapał się za kieszeń. (...)
Do mieszkania Adriana wysłano policyjny patrol. Funkcjonariusze, po bezskutecznym dobijaniu się do drzwi, postanowili je wyłamać. Wewnątrz ujrzeli makabryczny widok...
...ciąg dalszy w magazynie Śledztwo 3/2008.