Starszy aspirant Zawadzki miał tego dnia wiele spraw do załatwienia. Jedną z nich było przeszukanie gospodarstwa Zdzisława K. Pięć dni temu rodzina zgłosiła zaginięcie. Jego kuzyn twierdził, że sytuacja jest podejrzana. W domu mieszkają bowiem jacyś obcy ludzie, a Zdzisław rzekomo wyjechał do sanatorium.
– A on ani chory nigdy nie był, ani nie zostawiał gospodarki obcym – twierdził uparcie krewniak zaginionego.
Droga do Kolbud, oddalonych od Gdańska zaledwie o pół godziny jazdy, tym razem dłużyła się Zawadzkiemu niemiłosiernie. Posterunkowy Małecki, zwykle małomówny, rozgadał się za to na całego. Opowiadał o psie, którego kupił swojej córeczce; nawet dość zabawne anegdoty przytaczał, ale Zawadzki nie miał cierpliwości go słuchać i tylko z grzeczności potakiwał. Wjechali na podwórko. Zadzwonili do drzwi, ale nikt nie otwierał.
– To co, szefie, wyważamy? – zapytał Małecki.
– Spokojnie, Jurek, może nie trzeba – odpowiedział z lekkim politowaniem aspirant, jednocześnie naciskając klamkę. Z doświadczenia wiedział, że najprostsze rozwiązania bywają najlepsze. Drzwi ustąpiły bez oporu. Przeszukali dom. Okazał się pusty. Ale wyglądało na to, że od niedawna. W suszarce do naczyń stały filiżanki, które jeszcze całkiem nie wyschły.
– Nie ma ich od kilku godzin... – stwierdził Zawadzki.
Posterunkowy tymczasem przeglądał gazety leżące na kuchennym blacie.
– Zostaw to, trzeba przeszukać posesję – polecił Zawadzki. Policjant chciał coś powiedzieć, ale ugryzł się w język. Wiedział, że jego szef nie lubi gadania po próżnicy. Na podwórku nie zauważyli nic podejrzanego. Weszli do sąsiadującego z domem garażu. Tu też było pusto. Po samochodzie ani śladu.
– To co, spadamy stąd? – wyrwał się z pytaniem Małecki. Zawadzki nic nie odrzekł, za to rozglądał się uważnie. Podszedł do kanału garażowego. I raptownie stanął, porażony tym, co zobaczył. Wiele już widział w swoim życiu. Mimo to na chwilę zrobiło mu się niedobrze. Jego podwładny wydawał się jeszcze mniej wytrzymały.
– O Jezu... Ale go urządzili... – wyszeptał posterunkowy. W głębi kanału leżał mężczyzna.
(...) Zdzisław też wydawał się zadowolony z nowej lokatorki. Dziewczyna Adama okazała się gospodarna, mieli więc z Martą więcej czasu dla siebie. Tym bardziej, że jego kobieta ostatnio narzekała, że wciąż tyle do roboty, że nie ma chwili na serial, o fryzjerze nie wspominając.
I wszystko ułożyłoby się dobrze, gdyby starszy pan nie zaczął nagle interesować się Agnieszką...
Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledźtwo 5/2008