Nawet w czasach swojej świetności Piła nie należała do miast przyjaznych młodzieży. Wprawdzie w okresie Polski Rzeczpospolitej Ludowej była stolicą jednego z 49 województw, ale władza za- wsze traktowała ją po macoszemu. Światek artystyczny też o nią nie dbał, bo największe gwiazdy estrady jakoś tu nie zaglądały. Nigdy za to nie brakowało różnego rodzaju knajp, w których pilanie o zachrypniętych głosach mogliby ugasić „pragnienie”.
W takim otoczeniu dorastał Norbert Sobczak. Choć jego rodzice należeli do ludzi dość dobrze sytuowanych, chłopak od małego sprawiał trudności wychowawcze. Zdarzało mu się tego szturchnąć, wtamtego puknąć. Również w szkole nie należał do orłów, ale przyznać trzeba, że regularnie otrzymywał promocje z klasy do klasy. Cechowała go nadmierna energia, która nierzadko przeradzała się w agresję. Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy Norbert zgłosił się do miejscowego klubu, aby uprawiać sport – do tego idealny do rozładowywania emocji. Nastolatek postanowił bowiem zostać bokserem. Dzięki temu zyskał przydomek, pod którym rozpoznawali go koledzy, a później także dziennikarze opisujący zbrodnię przez niego popełnioną.
Norbert okazał się dobrym zawodnikiem. Na pewno nie wybitnym pięściarzem, ale bez wątpienia miał talent, który pozwalał mu wygrywać wiele walk. Pojawiła się nawet szansa na zawodowstwo. I wtedy stało się coś niezrozumiałego. Sobczak zdecydował, że wyjedzie z Polski. I to natychmiast. Jego krewni i znajomi nie po- trafli pojąć tej decyzji ani znaleźć żadnego racjonalnego wytłumaczenia.
Bliscy Norberta nie wiedzieli, że obiecujący pięściarz postanowił udać się do Marsylii. Wymyślił sobie bowiem karierę w szeregach legii cudzoziemskiej. A w tym portowym mieście do dziś jest najsłynniejszy punkt werbunkowy. Swój cel młody pilanin zrealizował tylko częściowo. Wprawdzie dotarł do Francji, ale nawet nie starał się zostać legionistą, aby założyć słynne białe kepi. Pojawiła się przed nim zupełnie inna szansa.
Sobczak z ciekawości spróbował swoich sił w tam- tejszym klubie bokserskim, a trener zachwycił się jego umiejętnościami. Chłopak niemal od razu trafł do sze- rokiej kadry i mógł uczestniczyć w zajęciach na hali. Miał więc okazję uczciwie zarabiać pieniądze, otrzymać opiekę zdrowotną i po prostu zrobić karierę sportową. Norbert poznał jednak innych Polaków, którzy od lat ko- czowali w Marsylii. Ludzie ci wegetowali, żyjąc z dnia na dzień i utrzymując się z drobnych kradzieży i żebraniny. Jedyne, co robili regularnie, to pili. Na umór. (...)
Po kilku treningach zrezygnował z bycia bokserem i szybko przeistoczył się w menela i życiowego nieudacznika. Aż w końcu został mordercą, który resztę życia spędzi w więzieniu.
Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledźtwo 2/2009 na str.3.