By ją odnaleźć, wydano miliony funtów, zaangażowano tysiące ochotników, zadrukowano tony papieru. Nad sprawą pracuje policja trzech krajów i prywatni detektywi.
Setki dziennikarzy zrobiło kariery, relacjonując na gorąco „łzy zrozpaczonych rodziców”.
Przypadek Madeleine McCann to nieustający festiwal mediów. Plotki przekazywane na całym świecie z gazety do gazety, z prasy do TV, z TV do portali internetowych i z powrotem przypominają samopowielający się mechanizm albo lustra ustawione naprzeciwko siebie, które odbijają się wzajemnie w nieskończoność.
Interesująco wygląda wędrówka wiadomości: najpierw informację zamieszcza portugalska gazeta, powołując się na „źródła zbliżone do śledztwa”, potem sensację powtarza brytyjski „Daily Mirror”, skąd wyławia ją polski „Dziennik”, niemiecki „Bild” i inne. Im więcej czasu mija od wydarzeń i im bardziej ubywa świeżych wiadomości, tym absurdalniejsza staje się ta sytuacja.
***
Reothley – urocze prowincjonalne miasteczko blisko Leicester w środkowej Anglii: spokojne uliczki, schludne rzędy domków, ogrody pełne róż, gotycki kościół z zabytkowym cmentarzem, lokalne bractwo miłośników templariuszy (zakon miał tu niegdyś siedzibę) i okazały dawny dwór przerobiony na trzygwiazdkowy hotel. Sceneria jakby żywcem wyjęta z serialu „Morderstwa w Midsomer” albo z powieści Agathy Christie.
***
Pierwszy idzie Gerry, ok. 21.05. Dwadzieścia pięć minut później znajomy państwa McCann, dr Mike Oldfield, oferuje się, że po drodze do siebie zajrzy do ich apartamentu.
Nic nie wzbudza jego podejrzeń, ale też – jak przyznał później – nie sprawdza zbyt dokładnie. Przed 22.00 do apartamentu wybiera się Kate McCann. W chwilę później przybiega, wykrzykując słynne już słowa: – Nie ma Madeleine! Zabrali ją! Zabrali ją!
...ciąg dalszy w magazynie Śledztwo 1/2008.
Natalia Karnecka-Michalak