Początek tej historii jest dość banalny. I podobny do tysięcy innych. 19-letni wówczas Andrzej Kowalczyk poznał Grażynę Nowak. Najpierw były niewinne randki nastolatków. Trzymanie się za rękę, ukradkowe pocałunki, delikatne pieszczoty. Dość szybko jednak zaczęli również współżycie seksualne. Na konsekwencje nie trzeba było długo czekać. Grażyna zaszła w ciążę.
Trzeba przyznać, że Andrzej zachował się wówczas bardzo odpowiedzialnie. Wprawdzie dopiero co zdał maturę, ale chciał utrzymywać wybrankę serca i dziecko. Poszedł do pracy. Poprosił też o rękę dziewczyny, a oświadczyny zostały przyjęte. W sobotni poranek 6 kwietnia 1991 roku młodzi ludzie stanęli przed urzędnikiem stanu cywilnego i zawarli małżeństwo. Ludzie przesądni powiedzą, że sami zgotowali sobie późniejszy los, bo zgodnie ze starym porzekadłem ślub powinno się brać w miesiącach z literą „r”. Andrzej i Grażyna nie wierzyli jednak w fatum. Poza tym nie chcieli zwlekać z uroczystością, aby podczas wesela ciąża nie była zbyt widoczna. Pierwsze lata ich wspólnego życia nie zapowiadały żadnych kłopotów. Wręcz przeciwnie. Wielu znajomych uważało ich za dobraną parę. W listopadzie tego samego roku na świat przyszedł ich syn, któremu dali na imię Łukasz. Był zdrowym dzieckiem, a jego rodzice stanowili szczęśliwe stadło. W przeciwieństwie do innych młodych małżeństw nie musieli się też martwić o pieniądze. Andrzej rozkręcił bowiem dochodowy interes i szybko zbił spory majątek. Po owocowej, czyli czwartej rocznicy ślubu, Kowalczykom wydawało się, że ich sytuacja jest ustabilizowana. Wtedy zdecydowali się na drugie dziecko. I ten właśnie krok miał duży wpływ na ich dalsze losy.
(...)
Bez żalu opuścili Poznań, który kojarzył się im je- dynie ze szpitalem, lekarzami i cierpieniem ukochanego dziecka. Postanowili nawet zrekompensować sobie ciężki czas, który przeżyli. Doszli do wniosku, że nadeszła najwyższa pora, aby wybudować dom. Ponieważ była to dokładnie przemyślana decyzja, a na dodatek Kowalczykowie dysponowali odpowiednimi środkami, inwestycja przebiegła dość szybko. Już wiosną 2001 roku mogli wprowadzić się do nowego lokum.
I paradoksalnie wtedy pojawiły się poważne problemy małżeńskie. Andrzej z Grażyną zaczęli się regularnie kłócić. Nawet o drobiazgi. Sami dziwili się, że atmosfera rodzinna tak się popsuła, bo wcześniej podobne sytuacje nie miały miejsca. Co najgorsza, nie potrafi li o narastających problemach spokojnie porozmawiać, przeciwnie, postanowili schodzić sobie z oczu. Mężczyzna znikał na całe dni. Miał ku temu wiele okazji, bo w fi rmie było dużo obowiązków. Andrzej spędzał samotnie coraz więcej wieczorów, bywał też w rozmaitych klubach czy knajpkach. I tak mijały kolejne tygodnie. Nic więc dziwnego, że mężczyzna poznawał nowych znajomych. Także kobiety.
Jedną z nich była Agnieszka Walicka, która błyskawicznie ze znajomej przeistoczyła się w kochankę. Z czasem klasyczny romans zmienił się w stały związek. Od lata 2001 roku Andrzej regularnie spotykał się z Agnieszką. Bywało, że zostawał u niej na noc lub weekend. Mężczyzna tak zaangażował się emocjonalnie w nowy związek, że żona przestała praktycznie dla nie- go istnieć. Mało tego, nawet nie ukrywał przed nią prawdy o tamtej kobiecie. Konsekwencje takiego postępowania można sobie łatwo wyobrazić. Znamy je z własnego doświadczenia lub z opowieści znajomych. Kowalczykowie uznali, że ich małżeństwo istnieje już tylko na papierze i nie ma sensu przedłużać fi kcji. Najpierw ustanowili rozdzielność majątkową, a w połowie września 2001 roku Andrzej zabrał swoje rzeczy z niedawno wybudowanego domu i przeprowadził się do Agnieszki. Wydawało się, że małżonkowie rozstali się na dobre. (...)
Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 3/2009.