Wciąż budzi się przerażona w środku nocy i nasłuchuje odgłosów dochodzących zza okna. Potem wstaje, zagląda do drugiego pokoju, gdzie śpią dzieci. Upewnia się, że są wszystkie i sprawdza, czy leżą przykryte. Idzie do kuchni, zapala papierosa, a potem chodzi w tę i z powrotem, dopóki na dworze nie zacznie świtać. Nie może uwierzyć w to, co ją spotkało. To takie absurdalne, niewiarygodne i straszne.
Agnieszka poznała Leszka G. w 2002 roku. Oboje mieli za sobą nieudane związki. On, czterdziestolatek na rencie, pracował w firmie ochroniarskiej, ona w supermarkecie. Tyle, że on był kawalerem, a ona rozwódką z trojgiem dzieci. Najstarsza Dominika szła właśnie do zerówki, Patryk miał dwa lata, a Martynka półtora. Wyglądało na to, że i do Agnieszki wreszcie los się uśmiechnie. Była już bardzo zmęczona codziennym wysiłkiem, żeby utrzymać dom z jednej pensji. Leszek był solidny, dbał o rodzinę, a dziećmi opiekował się jak rodzony ojciec. Zamieszkali razem w mieszkaniu Agnieszki. Nic specjalne- go, dwa małe pokoiki na ósmym piętrze w nowohuckim bloku, ale jakoś się mieścili. Mieli tylko kłopoty z Martyną: urodziła się z jedną nóżką krótszą. Trzeba ją było rehabilitować, a w przyszłości pomyśleć o operacji, żeby mała mogła chodzić. Leszek pocieszał, że będzie dobrze, poradzą sobie. Trzy lata później w ich życiu pojawił się Piotr S., znajomy Leszka jeszcze z wojska. Pewnego grudniowego dnia przypadkiem spotkali się na ulicy. Piotr S., jowialny pięćdziesięciolatek, policjant z wieloletnim stażem, najwy- raźniej bardzo się ucieszył ze spotkania dawno niewidzianego kolegi. Poszli razem na piwo powspominać dawne czasy. Potem S. kilka razy zadzwonił do Leszka. Wiosną zaprosił całą rodzinę na grilla. Agnieszka akurat nie mogła się wybrać, poszedł Leszek z Dominiką i Patrykiem. Było fantastycznie, dzieci bawiły się w wielkim ogrodzie, a Piotr i jego żona Ewa okazali się przemiłymi ludźmi – zamożnymi, na poziomie, a przy tym niezwykle serdecznymi. Obie rodziny szybko się zaprzyjaźniły. Jakiś czas potem państwo S. wystąpili z propozycją: ich znajomy ma szkółkę jeździecką i organizuje zajęcia dla najmłodszych.
– Nasze dzieci są już dorosłe, ale może mała Dominika chciałaby skorzystać, jeśli nie macie nic przeciwko temu? Szkoda, żeby karnet się zmarnował, a to przecież taki ciekawy i zdrowy sport – mówił Piotr. Zaproponował nawet, że jeśli trzeba, on albo żona mogą wozić dziewczynkę na treningi. (...)
Pierwsza rysa na tym idyllicznym obrazku pojawiła się trzy miesiące później. Przy okazji męskich pogaduszek przy piwie Piotr rzucił mimochodem, że może Leszkowi byłoby łatwiej utrzymać rodzinę, gdyby miał mniej osób do wyżywienia. – Oddaj nam Dominikę, już jest u nas zadomowiona – powiedział. Leszek potraktował wypowiedź jako żart, obaj wybuchnęli śmiechem i zmienili temat. Niebawem jednak okazało się, że Piotr nie żartował. Przyjechał do Leszka do pracy i całkiem poważnie przedstawił mu swoją „ofertę”: dorosłe dzieci S. żyją za granicą i nie potrzebują już rodziców. Oboje z żoną chcieliby adoptować Dominikę, która jest zdolna i inteligentna. (...)
Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo. Wydanie Specjalne. Oblicza Zbrodni 1/2009.