Bieżący numer

Magazyn Sledztwo - spis treści

Wojna domowa

Sprawa dotyczyła niewielkiej kamienicy w pobliżu Starego Rynku w Częstochowie. Budynek swoim wyglądem nie przyciągał uwagi przechodniów, ale to o niego przez lata Tadeusz D. walczył w procesie cywilnym. Złożył wniosek o nabycie odrębnej własności z racji zasiedzenia w położonym w nim lokalu. Jego roszczenia sąd jednak odrzucił. Mężczyzna znalazł więc inny sposób wyjścia z tej sytuacji.

Zdyszany Tadeusz D. opadł na krzesło i wypuścił z ręki pistolet. Odnosił wrażenie, jakby przebywał w innym wymiarze. Od rzeczywistości oddzielała go gruba ciemna szyba, a wokół panowała dziwna cisza. Nie dochodziły do niego ani niebieskie błyski kogutów, ani dźwięk syren zbliżających się radiowozów i karetek. Po chwili zamroczony mężczyzna spokojnie pozwolił zakuć się w kajdanki i wyprowadzić z domu. Na klatce czuć było intensywny zapach krwi. Lepka ciecz powoli spływała ze schodów, pojedyncze strużki tworzyły coraz większą kałużę. W przyciemnionym korytarzu panował harmider i duchota. Pod drzwiami mijanego mieszkania sanitariusze pochylali się nad kimś. Czynili wszystko, aby ratować młodą kobietę. Tadeusz D. rzucił okiem w ich kierunku, ale reanimacja nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Powoli schodził w dół, podtrzymywany przez funkcjonariuszkę. W tym czasie wokół bramy kamienicy kłębił się już tłum gapiów. Ciekawscy próbowali dostrzec, co dzieje się w środku. Kilkanaście minut wcześniej zaniepokoił ich huk dochodzący z budynku. Początkowo myśleli, że to może wybuch gazu, ale nie był to pojedynczy odgłos, ale cała kanonada z broni palnej. Przybiegli więc sprawdzić, kto i dlaczego urządził sobie strzelaninę. Kiedy ludzie zobaczyli policjantów prowadzących Tadeusza D., jedna z mieszkanek pobliskiego domu stwierdziła:

– No tak, wcale nie jestem zdziwiona, że to on. Ten człowiek ze wszystkimi się ciągle awanturował. Stale się kłócił z sąsiadami. Woleliśmy schodzić mu z drogi. Niby taki wykształcony, a tak się niekulturalnie zachowywał. Widać teraz postanowił pójść na całość. Ale żeby zrobić coś takiego? – zachodziła w głowę.

Inny z obecnych świadków miał podobne zdanie.

– To przez wybuchowy charakter pana magistra kilka lat temu wyprowadził się stąd jego siostrzeniec. Chłopak nie mógł już z wujem wytrzymać. Taki typ. Facet nie potraf żyć z ludźmi w zgodzie – powiedział.

Wysoki policjant w czarnej kurtce pomógł zabójcy wsiąść do radiowozu. Samochód odjechał, pozostawiając za sobą miejsce zbiorowej zbrodni. W tym czasie w kamienicy lekarze i funkcjonariusze mieli pełne ręce roboty. Życie Marty L., sąsiadki Tadeusza D., wisiało na włosku. Jej ciało przeszyło kilka kul.

(...)

Dalsza część artykułu w najnowszym numerze Śledztwo 4/2009