Bieżący numer

Magazyn Sledztwo - spis treści

Pięć godzin męki

Sebastian miał pecha. trafił na pijanego chuligana, który, dobrawszy sobie dwóch kompanów, zakatował go na śmierć. Jego tragedia wstrząsnęła mieszkańcami wielkiego miasta.

Ponad tysiąc mieszkańców przeszło w kwietniu 2001 roku ulicami Łodzi. Swym milczącym marszem chcieli zaprotestować przeciw bezsensownej i wyjątkowo okrutnej zbrodni, która zdarzyła się w ich mieście. – Minął miesiąc od tej tragedii, a ja wciąż żyję w strachu o swoje dzieci. Nie mogę pojąć, jak młodzi ludzie byli w stanie zrobić coś tak okropnego swojemu rówieśnikowi – rozpaczała jedna z uczestniczek pochodu. Wiele osób podzielało ten pogląd. – Niedługo człowiek normalnie będzie bał się wyjść na ulice. A w domu też wcale nie musi czuć się bezpieczniej. Tyle się teraz słyszy o różnych przypadkach, w które aż trudno uwierzyć – dopowiadał wysoki mężczyzna, idący obok niej chodnikiem.

Co i co się gapisz palancie?! – krzyknął podchmielony Rafał S. do stojącego na przystanku Sebastiana M. – Chcesz w ryj?! No mówię przecież, żebyś przestał się na mnie patrzyć! Młody chłopak, niespodziewający się ataku, poczuł po chwili uderzenie w twarz, a po nim jeszcze jedno. Sebastian nieczęsto pojawiał się w tej części miasta. Wcześniej nigdy nie spotkał się z podobną sytuacją i nie bardzo wiedział, jak zareagować. Mimo że był oszołomiony ciosami, zwrócił się do towarzyszącej mu Eweliny J., z którą czekał na autobus, mówiąc, aby starała się ignorować pijanego awanturnika, to pewnie sobie pójdzie. Nic takiego się przecież nie stało. Krew z twarzy można łatwo wytrzeć, a siniak pod okiem zniknie za kilka dni. Nie ma co robić tragedii. Najlepiej będzie, jeśli po prostu stąd odejdą.

Tak też uczynili. W pośpiechu zaczęli oddalać się od przystanku. Niestety, w ślad za nimi podążał chuligan. Kiedy para zdała sobie sprawę, że nie uwolni się od natręta, zdecydowała się pójść w dwie różne strony. Młodzi ludzie mieli nadzieję, że wówczas napastnik da sobie spokój albo przynajmniej dziewczyna będzie bezpieczna. Po drodze spotkali grupę znajomych. Ewelina J. wmieszała się w tłum, a chłopak pożegnał się ze wszystkimi i poszedł dalej sam.

– Tak będzie lepiej – oświadczył. Rafał S. nie odpuścił i cały czas podążał za swą ofiarą. Dziewczyna go nie interesowała, to w tym chłopaku było coś, co go wkurzało. Gdy na ulicy zrobiło się pustawo, znów zaczepił nastolatka i zaczął go bić. Sebastian M. nie stawiał oporu. Nie próbował nawet uciekać. Wiedział, że z tym narwańcem nie ma najmniejszych szans. Mógł mieć tylko nadzieję, że jeśli pozostanie obojętny na ciosy, to pijany napastnik szybko się nim znudzi i da spokój. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo się mylił.

– A teraz grzecznie pójdziesz ze mną – zarządził jego prześladowca głosem nieznoszącym sprzeciwu.

– Zabawimy się trochę.

Ostatnie zdanie skwitował wybuchem diabelskiego chichotu.

(...)

Dalsza część artykułu w najnowszym numerze Śledztwo 5/6 (10)/2009