Poznali się, gdy Marta S. miała zaledwie 14 lat. On, przystojny, ciemnooki brunet, z zawodu murarz, był dwukrotnie od niej starszy. We wsi uważano ich za zgodną, kochającą się parę. Sąsiedzi i krewni młodych ludzi sądzili, że ta długoletnia znajomość naturalną koleją rzeczy przekształci się w formalny związek. Owszem, Marta w końcu wyszła za mąż, lecz za innego mężczyznę. Małżonkowie zamieszkali w domu, który kobieta urządzała wspólnie z wcześniej- szym narzeczonym. Zresztą, on cały czas w nim przebywał...
Janina K., matka 35-letniego Jarosława K., zdziwiła się, gdy syn nie wrócił trzeci dzień z rzędu do domu. Zadzwoniła do jego narzeczonej, Marty S.
– Pogoń go tam trochę, bo obiecał, że mi kran naprawi. Kapie i kapie, a sama wiesz, ile woda ostatnio podrożała – zaczęła mówić, gdy wtem w słuchawce usłyszała:
– Ale Jarka u mnie nie ma. Od trzech dni go nie widziałam.
– Jak to? – spytała matka, ale nie otrzymała odpowiedzi. Dziewczyna już się rozłączyła. Kobieta zeznała potem, że już wówczas miała złe przeczucia, tylko że nikt jej nie chciał wierzyć. – Nie pamiętacie, jak od razu mówiłam, że ona go zwabiła do siebie, zabiła i przetrzymuje w tym swoim wielkim domu? – przypominała sobie cztery lata później.
Znajomi i sąsiedzi wiedzieli jednak, że obie kobiety nie darzą się sympatią. Matka Jarosława zarzucała Marcie, że zagięła parol na jej syna, który powinien związać się z normalną, zbliżoną wiekiem do niego partnerką, a nie lokować uczucia i oszczędności w cwaną smarkulę. – Przecież ten swój dom to ona jego rękami urządziła. Miał chłopak gest i wszystko potrafił w budowlance zrobić. Tynki, gładzie, podłogi – nie było lepszego fachowca w całej okolicy – wspominała Janina K. Marta nie podważała faktu, że Jarek sporo jej pomógł w budowie domu, ale też nie przeceniała jego zasług.
– Robił to, co należy do każdego mężczyzny – uzasadniła krótko. Jak się później okazało, miała powody, by nie roztkliwiać się nad wielkim sercem chłopaka.
(...)
Kiedy mężczyzna zniknął w łazience, dziewczyna szybko wsypała do jego fi liżanki jakiś biały proszek. Dosypała cukru i dokładnie wymieszała zawartość naczynia. Potem, gdy już wrócił, uważnie patrzyła, jak popijał kawę. W pewnym momencie Jarek chciał wstać, ale zachwiał się.
– Jakoś słabo mi się zrobiło – wyjaśnił.
– Duszno dziś. Może się na chwilę położysz? – zaproponowała Marta.
– Mieliśmy jechać na zakupy, a niedługo będzie PKS – przypomniał.
– Parę minut nas nie zbawi – odparła, prowadząc go do pokoju.
(...)
Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 8/2009.