To było najgorsze doświadczenie w moim życiu – powiedział John W., 36-letni mieszkaniec Mission Viejo, niedużego miasta położonego w południowej Kalifornii, którego policja omyłkowo wzięła za groźnego przestępcę. Wieczorem 22 marca 2007 roku jego niewielką posiadłość położoną na obrzeżach miasta niespodziewanie otoczyła wyspecjalizowana jednostka SWAT (ang. Special Weapons and Tactics, Specjalne Wyposażenie i Taktyka). Niewiele brakowało, a niczego nieświadomą rodzinę spotkałaby tragedia. Mogło dojść do brzemiennej w skutkach strzelaniny.
Kiedy John i jego żona Cindy kładli spać swoje dwie córki, nic nie zapowiadało, że ten wieczór dostarczy im niezapomnianych wrażeń. Od lat mieszkali przecież w tej samej, spokojnej okolicy i znali wszystkich w sąsiedztwie. Nigdy z nikim nie mieli zatargów. Poza tym w Mission Viejo od dawna nie działo się nic szczególnie niepokojącego. Małżonkowie, zmęczeni po pracy, około 23 zgasili telewizor i postanowili pójść do łóżka. Cindy sięgnęła po książkę leżącą na nocnej szafce, nie zdążyła jednak zagłębić się w lekturze, gdyż po kilku stronach ogarnęła ją senność. Zgasiła więc światło i przyłożyła głowę do poduszki. Na szczęście pojutrze już weekend, a zatem to ostatnia wczesna pobudka w tym tygodniu – przemknęło jej przez myśl. Niedługo będzie mogła wylegiwać się do woli. Pod warunkiem, że dzieci nie postanowią inaczej. Często bowiem się zdarzało, że Nancy i Ann zmuszały ją do zabawy już o szóstej rano.
Pogładziła po włosach leżącego obok męża i wtulona w pościel zamknęła oczy. Małżonkowie jeszcze nie zdążyli zasnąć, gdy od strony ogrodu dobiegł ich dziwny hałas. Zaniepokojony John pomyślał, że być może to jakiś włamywacz czai się w ciemnościach, aby, gdy będą spali, splądrować ich dom. Postanowił sprawdzić, czy jego podejrzenia są słuszne. Schodząc na parter willi, intensywnie zastanawiał się, w jaki sposób sam będzie w stanie przeciwstawić się potencjalnemu napastnikowi, który mógł być przecież uzbrojony. Mężczyzna zaszedł do kuchni i wziął największy nóż, na jaki natrafił. Nie znalazł niczego odpowiedniejszego, zwłaszcza że w domu panowały ciemności, a bał się zapalać światło. Najciszej jak tylko potrafi ł zakradł się do prowadzącej na ogród werandy. Tego, co nastąpiło za chwilę, nie był w stanie przewidzieć. Kiedy otworzył drzwi, stanął twarzą w twarz z oddziałem SWAT celującym wprost w niego z karabinów. – Rzuć broń i połóż się twarzą do ziemi! – rozkazał mu jeden z ofi cerów.
(...)
Zastrzeliłem brata z kałacha – brzmiał głos w słuchawce.
– Siostrę trzymam pod lufą. Jeśli do mojego domu zbliży się choćby jeden policjant, zacznę walić do wszystkiego, co się rusza. Jestem naćpany, brałem kokę. Właśnie wyszedłem na wolność po 11 latach w pace. Macie godzinę, żeby dostarczyć mi dziesięć tysięcy dolarów i sprawny samochód oraz pozwolić bezpiecznie się stąd oddalić. Jeśli nie spełnicie choćby jednego z moich żądań, zabiję zakładniczkę. Tego rodzaju telefony alarmowe odbierali operatorzy numeru 911 niemal każdego dnia. Wielu z nich nie traktowali poważnie. Często jednak dzwoniący potrafi li być do tego stopnia przekonujący, że pod wskazywanym adresem w mgnieniu oka meldował się uzbrojony oddział policji. Nie inaczej stało się 22 marca 2007 roku...
Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 8/2009.