Wynieśli go do pokoju. Miał skrępowane z tyłu ręce, a na głowie czarny skórzany worek. Rzucili go na podłogę. Jeden z oprawców przysunął krzesło, na którym wspólnie z kolegą posadzili więźnia. Trzeci bandyta w tym czasie rozplątywał zwój kabla. Potem skrępował nim ofiarę, przytraczając ją do krzesła.
Zdjęli mu worek z głowy. Więzień, porażony światłem, zamrugał oczami; jego przestraszona, oblana potem twarz kontrastowała z niewzruszonymi obliczami trzech porywaczy. Rozejrzał się dyskretnie. Z sufitu zwisała naga żarówka. W pomieszczeniu nie było okien, zostały zamurowane, co poznał po jasnych plamach świeżego tynku.
Najbliżej stojący zbir klepnął związanego człowieka po twarzy. Ta dość łagodna forma perswazji sprawiła, że tamten zakołysał się na krześle i przewrócił się na podłogę.
- Chcemy sto tysięcy - odezwał się bandyta. - Wtedy będziesz wolny.
- Sto tysięcy? - wydukał przerażony więzień. - Zwariowaliście? Nie mam takiej forsy.
Podnieśli go we dwóch razem z krzesłem. Gdy z powrotem znalazł się w pionie, trzeci, do tej pory najmniej aktywny bandzior, uderzył więźnia w brzuch.
- Nie interesują nas płotki, gnojku - usłyszał tuż przy uchu wściekły syk. - Bierzemy się za takich, którzy mogą szmalem podcierać dupę. Masz burdel, masz dziwki, więc i kasę.
- Nie wiecie, z kim zadzieracie...
Ponowne uderzenie sprawiło, że z nozdrzy trysnęła mu krew, a z oczu pociekły łzy.
- Jeszcze nie wiesz, co to ból, chłopaczku - uświadomił mu jeden z porywaczy. - Ale dowiesz się. Chyba chcesz się dowiedzieć. - Odwrócił się do kolegów. -Wzięliście imadło?
- Nie, siekierę - odpowiedział ten, który wyglądał na najmłodszego.