Kiedy tego dnia obudził się, nie planował nikogo zabijać. Pytali go potem, dlaczego to zrobił, ale on wzruszał ramionami. Po prostu jakoś tak wyszło.
Nie należał do ludzi, którzy zbyt wiele rozmyślają o własnym życiu. Nie wiedziałby, jak się do tego zabrać. W szkole, zamiast główkować na lekcjach, też wolał pobiegać za piłką, obić komuś gębę czy wyciągnąć trochę kasy od młodszych kolegów. Lubił rozrabiać, zwłaszcza gdy ktoś go sprowokował. Mało przy tym myślał, wolał słuchać mądrzejszych od siebie – tak zwanych lepszych gości, którzy imponowali mu szybką furą, kieszenią wypchaną forsą i uległymi laskami. Szczególnie działały mu na wyobraźnię te łatwe panienki. Często widział je w samochodach kumpli, jak po błyskawicznym numerku wyskakiwały z wozu, poprawiając spódniczki. Chciał, żeby podobnie bawiły się w jego aucie. Własnej bryki zresztą wkrótce się dorobił.
Pojęcie normalnej pracy było mu najzupełniej obce, prawdę mówiąc, nigdy nie próbował takowej szukać. – To strata czasu, na etacie nigdy niczego się nie dorobisz, a nawet jeśli, będziesz musiał długo czekać na sensowną kasę – przekonywali go bardziej doświadczeni kumple, a on nie zamierzał im zaprzeczać.
Od nich nauczył się swej podstawowej życiowej mądrości – tego, że ludzie dzielą się na tych, co biorą, i tych, co dają. I że trzeba być zawsze wśród tych pierwszych. Pochlebiało mu, kiedy nazywali go „człowiekiem interesu”, mimo że w tym określeniu kryła się kpina.
(...) Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 1/2010.