Słowik wpadł na pomysł, aby zostać sponsorem... policji. Kupił kilka radiowozów poznańskim stróżom prawa. Wówczas jeszcze tego typu wsparcie było dozwolone. Dzięki temu biznesmen zyskał sławę szczodrego darczyńcy, zatroskanego o dobro publiczne. Miejscowi reporterzy z emfazą rozpisywali się o człowieku, który chce pomagać w skutecznym ściganiu przestępców. Dzisiaj można jedynie żartować z tej dziennikarskiej naiwności.
Ta dobra opinia szybko się zdezaktualizowała, ponieważ rzekomy dobroczyńca policji bardzo szybko stał się postacią co najmniej dwuznaczną. Pojawiły się podejrzenia, że kierowana przez niego, znana nie tylko w Poznaniu spółka zarabia w sposób nielegalny, wyłudzając podatek VAT i nie płacąc cła za towary sprowadzane z zagranicy. Chodziło o miliony złotych. Prokuratura zdobyła dowody przestępczej działalności Jacka Słowika i pod koniec lat 90. biznesmen zaczął mieć poważne problemy prawne. Systematycznie wszczynano przeciw niemu coraz to nowe śledztwa, np. dotyczące oszustw przy leasingu luksusowych samochodów. Słowik mnóstwo czasu musiał spędzać w prokuraturach i sądach. Ta szarpanina z prawem trwała kilka lat. W tym okresie zapadały wyroki skazujące, ale mężczyzna odwoływał się od orzeczeń, co chroniło go przed więzieniem. Wprawdzie kilka razy trafł do aresztu, ale zwykle szybko odzyskiwał wolność. W rezultacie biznesmen poczuł się bezkarny, więcej, nie zrezygnował z przestępczej działalności. Na dodatek wraz z grupą wspólników – wśród nich byli prawnicy – przygotował gigantyczne oszustwo.
(...) Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 1/2010.