Zbyszek zawsze był cwaniakiem. Już jako dziecko zadziwiał rodzinę wrodzonym sprytem. Ilekroć razem ze starszymi braćmi coś narozrabiał, pierwszy biegł na skargę, udając niewiniątko. Umiał też postawić na swoim. W ciężkich czasach komuny, gdy brakowało niemal wszystkiego, wyjadał rodzeństwu reglamentowane kubańskie pomarańcze i to jemu – na skutek dziecięcych manipulacji – przypadała największa porcja czekolady.
– Ten to sobie w życiu poradzi – cieszył się ojciec. – Moja krew!
Wyrósł na niezbyt urodziwego młodzieńca. Niski wzrost, krzywe nogi, zaniedbane zęby i lekki zez nie dodawały mu uroku. A jednak potrafi ł poderwać każdą dziewczynę. Leciały na niego, jakby był prawdziwym przystojniakiem! Żaden z kolegów nie wiedział, dlaczego. Tej niezwykłej popularności Zbyszka u płci przeciwnej nie tłumaczył również fakt, że w małej, podwrocławskiej miejscowości konkurencja wśród chłopaków nie była wielka. A mimo to nawet przystojniejszym od niego kolegom z trudem udawało się poderwać dziewczynę.
– Jak on to robi? – zastanawiali się koledzy z zawodówki.
– One ślepe są czy jak? Zbyszek nie garnął się do nauki. Chciał się szybko nauczyć fachu, więc wybrał szkołę zawodową. Został tokarzem, ale ten zawód go nie pociągał. Po kilku latach pracy w zakładzie zrezygnował z niej. Nudził się przy tokarce. Poza tym nie po to się urodził, żeby harować. Zajął się lewym handlem. Pieniądze były z tego znacznie większe niż na państwowej posadzie. Zresztą, nawet gdyby Zbyszkowi ich zabrakło, zawsze znalazłaby się jakaś dziewczyna, która by mu pomogła. Co do tego miał niemal stuprocentową pewność. Już od dawna bowiem wiedział, że kobiety są naiwne i skore do pomocy. Wystarczy parę czułych słówek, a zgodzą się na wszystko. (...)
(...) Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 2/2010.