Z miejsca zbrodni śledczy pobierają odcisk palca. Po zeskanowaniu porównują go z bazą danych. Komputer coś tam „miele” przez chwilę, słychać szum pracującego dysku, a w końcu wypluwa konterfekt właściciela palca oraz jego dane kontaktowe. Jednak gdyby nie Allen Pinkerton, nasi śledczy guzik by się dowiedzieli.
Założona w 1850 roku w Chicago Narodowa Agencja Detektywistyczna Pinkertona największe tryumfy święciła w XIX wieku. Pracownicy agencji na swój sposób uzupełniali kulejący system amerykańskich sił porządkowych: tropili legendarnych rewolwerowców, jak Butcha Cassidy’ego i Sundance Kida, Gang Reno czy braci James, łapali morderców i złodziei. Zbrojnie ochraniali też fabryki i kopalnie w czasie strajków robotniczych – co akurat nie przysporzyło im popularności. Ludzie Pinkertona byli niemal wszędzie.
W szczytowym okresie rozwoju instytucja ta zatrudniała więcej agentów niż armia amerykańska, co stało się powodem pewnych perturbacji. Stan Ohio na przykład zakazał firmie działalności, obawiając się, by silniejsza od państwowej rzesza agentów nie została użyta jako najemna milicja.
Gdy w USA z czasem wyrównały się proporcje zatrudnienia w sektorze publicznym i prywatnym, zakaz cofnięto. Logo firmy – wyzierające z gazetowych reklam i szyldów czujne oko otoczone sloganem „We never sleep” (my nigdy nie śpimy) – wryło się w pamięć opinii publicznej tak dalece, że potoczne określenie private eye (prywate ne oko) do dziś jest synonimem słowa „detektyw”. Allen Pinkerton jako pierwszy stworzył też spójny system ewidencjonowania przestępców i podejrzanych (z podobizną delikwenta i jego danymi), ówczesna policja nie dysponowała bowiem jeszcze takim przełomowym wynalazkiem, jak kartoteka. Kiedy wreszcie państwo zapragnęło mieć własny pion śledczy i w 1908 roku powołano do życia FBI, jego struktury organizacyjne wzorowano na schemacie agencji.
(...) Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 2/2010.