Ja nie pracuję, tylko morduję ludzi i zabieram im pieniądze. Jestem z zawodu rzeźnik, ale nie szlachtuję bydła, tylko same kobiety. Kroję je na kawałki i te kawałki spalam. Koniom wykłuwam oczy, psom wyrzynam oczy nożem a małe dzieci zabijam kamieniem – miał powiedzieć pijany Carl Grossmann do znajomego, Berlin-Friedrichshain, 1921 r.
W Warchiwum landu Berlin (Landesarchiv Berlin) znajduje się 36 tomów akt dotyczących sprawy Carla Friedricha Wilhelma Grossmany na, „bestii z Friedrichshain”, jak go nazwała ówczesna prasa. Jest to opasły zbiór ekspertyz, artykułów z gazet, listów gończych, raportów obserwatorów procesu, a także dowodów rzeczowych w postaci fragmentów ubrań jego ofiar. Wśród tych akt znajduje się również zdjęcie przedstawiające niewysokiego, chudego mężczyznę z wąsa- mi, koło sześćdziesiątki, o głęboko osadzonych, niemal szympansich oczach, wąskich, zaciśniętych wargach i spojrzeniu skierowanym w nieokreśloną dal. Postać jest ubrana jak lump: na głowie ma sfatygowany, stożkowaty kapelusz o opuszczanym rondzie, nosi obszerną, ciemną kapotę, zbyt długie spodnie i rozdeptane buty. Na pierwszy rzut oka można by go wziąć za małorolnego chłopa lub bohatera z jakiejś wczesnej burleski Chaplina, albo nawet za stracha na wróble. Trudno sobie wyobrazić, że ten drobny, niepozorny człowiek był „bohaterem” najbardziej spektakularnej serii morderstw w Berlinie początku lat dwudziestych ubiegłego wieku. Udowodniono mu trzy zabójstwa. Dwadzieścia dalszych przypisano mu na podstawie znalezionych w jego mieszkaniu i wyłowionych z pobliskiego kanału szczątek ludzkich oraz tej samej „metody” ćwiartowania zwłok. Przypuszcza się jednak, że w sumie mógł pozbawić życia około stu kobiet i dziewcząt. Były jego przedmiotem pożądania, stały się ofiarami.
(...) Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 2/2010.