Dokonując oglądu lokalu, ekipa dochodzeniowa weszła do kuchni na piętrze. Zainteresowała ich dziwna ceglano-cementowa konstrukcja. W trakcie jej wyburzania z wnętrza wypadł ciemny foliowy worek. W środku były zwłoki.
Przykładne małżeństwo z 30-letnim stażem. Ona -niewysoka kobieta, urzędniczka miejska, on - postawny mężczyzna, elektryk z wykształcenia. Poznali się w Katowicach. Młody Jan W. po ukończeniu podstawówki zdecydował się opuścić dom. Bez niego rodzice dwanaściorga dzieci i tak mieli wystarczająco dużo rąk do pomocy w gospodarstwie, więc wyrzuty sumienia go nie męczyły. Zamieszkał na stancji w Katowicach i zaczął imać się różnych prac, by zdobyć pieniądze na naukę i utrzymanie. Kiedy spotkał Ludwikę Ł., ta szybko zawróciła mu w głowie. Mimo że ich charaktery pasowały do siebie jak ogień i woda, w końcu stanęli na ślubnym kobiercu. Było to w połowie lat 60.
- Jako tako im się układało - mówi Andrzej, brat Jana W. - Janek pracował w firmie produkującej sprzęt gospodarstwa domowego. Można powiedzieć, że niczego im nie brakowało, ale każdy wie, jak to jest mieszkać u teściowej - dodaje znacząco.
(...) Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 3/2010.