Oblężone kierunki studiów związanych z kryminalistyką, sędziowie żądający specjalistycznych ekspertyz przy najbłahszych sprawach, laboratoria zasypane nadmiarem śladów do zbadania - oto tylko niektóre skutki namiętnego oglądania seriali o pracy ekip śledczych.
Co najmniej od czasów Edgara Allana Poe ludzkość uwielbia zagadki kryminalne i historie z dreszczykiem. Dzięki Conan Doyle'owi, twórcy Sherlocka Holmesa, lubi też podglądać detektywów przy pracy - jak zauważają drobiazgi, zadają podchwytliwe pytania, dedukują, nadużywają środków odurzających i grają na skrzypcach. Serial „CSI: Kryminalne zagadki" ściągnął przed telewizory miliony osób na całym świecie. Również w Polsce można go obejrzeć 30 razy w ciągu tygodnia, gdyż jest wyświetlany na 5 kanałach. Do tego dochodzą produkcje oparte na zbliżonych motywach - „Agenci NCIS", „Kości", „Dowody zbrodni", „Diagnoza: morderstwo" czy polskie „W-11". Nie liczę dzieł poświęconych kulisom pracy organów ścigania, prawa, porządku i tym podobnych „Posterunków", „Światów glin", „Policjantów z...".
Moda na seriale „dochodzeniowe" przywędrowała do nas zza oceanu. Ich twórcą jest Jerry Brucken-heimer, który w 2000 roku wyprodukował pierwsze odcinki „CSI Las Vegas". Od tej pory jeden tasiemiec rozrósł się do trzech - CSI Las Vegas, Miami, Nowy Jork. Odbiorcom dano swobodę wyboru bądź też sprytnym chwytem marketingowym trafiono w ich gust - kto lubi oglądać laski w bikini i luksusowe wnętrza, wybiera Miami; kogo kręci zgiełk wielkiego miasta, ten ogląda wersję nowojorską. Poza tym „dzieła" te nie różnią się niczym, jeśli chodzi o ich zawartość.
(...) Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 4/2010.