Adrian wciąż nie wierzy, że to jego dotyczy określenie „morderca”. Przecież marzył o dobrym, normalnym życiu. Dzieciństwo i pobyt w domu dziecka były koszmarem. Kiedy odbierał swoje pierwsze własne mieszkanie, myślał, że los w końcu uśmiechnął się i teraz będzie już tylko lepiej. Nie wiedział, jak bardzo się myli.
Stare przysłowie mówi, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Adrian P. nawet do rodzinnej fotografi i nie miałby z kim pozować. Bo w jego życiu słowo „rodzina” tak naprawdę nigdy nie istniało. Urodził się w Oleśnicy pod Wrocławiem. Komunalna kawalerka w kamienicy niedaleko rynku była w tak złym stanie, że właściwie nie nadawała się do mieszkania. Matkę pa-mięta jak przez mgłę. Przypomina sobie jedynie, że bardzo długo chorowała, aż w końcu umarła. Miał wtedy siedem lat. Nawet nie wie, jakiego koloru były jej włosy... Z tamtych czasów nie zachowały się żadne pamiątki. Nawet wspomnień nie ma.
Ojciec Adriana nie umiał poradzić sobie z wycho-waniem jedynaka. Jeśli nie upijał się w knajpie, zapraszał towarzyszy od kieliszka do domu. Libacje trwały kilka dni, bez przerwy. Zdarzało się, że w pijackim sza- le wyrzucał przez okno różne rzeczy. Z czwartego piętra lądowały na bruku krzesła, talerze, książki, ubrania, nawet telewizor. Kiedy dzieciak „nawijał się pod rękę”, kończyło się to w najlepszym razie siniakami. Te na plecach i brzuchu Adrian ukrywał pod ubraniem, gorzej kiedy fioletowe plamy pojawiały się na twarzy i rękach. Dlatego w takich chwilach jak mógł starał się unikać ojca. Głodny, brudny i zziębnięty całymi dniami błąkał się po po- dwórku, nocował w piwnicach i na klatkach schodowych.
(...) Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 6/2010.