Sąsiedzi i znajomi zapamiętali Łucję C. jako sympatyczną, pełną życzliwości starszą panią. Była wdową po znanym wrocławskim adwokacie i mimo że dobiegała siedemdziesiątki, nadal rozpierała ją energia. Zawsze lubiła antyki, z upodobaniem zbierała stare obrazy, biżuterię i porcelanę. Posiadała w domu wartościowe zbiory. Któryś z krewnych zażartował nawet, że właściwie mogłaby już otworzyć antykwariat. Pomysł był znakomity! Łucja C. nie bacząc na protesty rodziny, która uważała to przedsięwzięcie za wybryk nudzącej się na emeryturze babci, urządziła sklepik ze starociami na ulicy Ładnej, w niewielkim lokalu po warsztacie szewskim.
Interes nie okazał się specjalnie dochodowy, ale starszej pani nie zależało na pieniądzach. Po prostu oddawała się swojej pasji: handlem antykami i dziełami sztuki. A przy okazji wzbogacała własną kolekcję. Ważny był też aspekt towarzyski przedsięwzięcia - do sklepiku zaglądali znajomi, przyjaciele, ludzie, którzy mieli podobne zainteresowania. Mogła z nimi pogawędzić i wspólnie obejrzeć przyniesione przedmioty. Emerytka spędzała w tym niewielkim antykwariacie praktycznie cały dzień. Jej syn, który bardzo rzadko zastawał matkę w domu, miał nawet o to do niej trochę pretensji, ale Łucja C. stanowczo twierdziła, że przebywanie wśród ludzi i starych pięknych rzeczy jest o wiele lepszym sposobem na emeryturę niż oglądanie telewizji. Czekała na klientów i znajomych, siedząc w wygodnym, obitym skórą fotelu, przy stoliku, na którym zawsze stał podgrzewany czajniczek z herbatą. Właścicielka starała się stworzyć domową, wręcz rodzinną atmosferę. Nic dziwnego, że wpadali do niej chętnie różni znajomi, czasem, aby coś kupić, a czasem jedynie na pogawędkę.
Starsza pani nie wiedziała jednak, że od dłuższego czasu ktoś bacznie obserwuje jej sklepik.
(...) Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 7/2010.