Jarosław W. miał poważne problemy ze sobą, nie potrafi ł nawiązać bliskiego kontaktu z kobietami. Dwie dziewczyny nie przeżyły spotkania z frustratem.
Mieszkańcy poznańskiego osiedla Dębiec mieli dobrą opinię o Jarosławie W. Solidny biznesmen, właściciel dużego zakładu produkującego okna i rolety, wzorowy rodzic (ojciec dwóch synów). Posiadacz ładnej willi z ogrodem był uprzejmym sąsiadem i szanowanym parafianinem. W miejscowym kościele zasiadał w pierwszym rzędzie, nigdy nie skąpił na tacę, a gdy przyszło do remontu plebanii, zaoferował produkty swojej firmy za darmo i jeszcze dorzucił 10 tysięcy. O takich gestach długo się potem opowiada... Dlatego kiedy pewnego sierpniowego ranka 2009 roku przed domem Jarosława W. zatrzymał się policyjny samochód i po kwadransie w drzwiach willi w towarzystwie dwóch funkcjonariuszy ukazał się skuty gospodarz, świadkowie tego zdarzenia nie mogli uwierzyć własnym oczom. Ich zdaniem z pewnością chodziło o jakąś koszmarną pomyłkę. Przecież ten spokojny człowiek nie mógłby nikogo skrzywdzić! Nie znali jednak całej prawdy o życiu ich sąsiada.
(...) Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 12/2010.