Piętnaście lat temu do szkoły w małej szkockiej miejscowości wdarł się szaleniec. Zaczął strzelać do uczniów i nauczycieli, krew polała się po szkolnych korytarzach.
Pierwszy akt tragedii rozegrał się o godzinie 9.30. To wtedy niezatrzymywany przez nikogo Thomas Watt Hamilton wszedł na teren szkoły podstawowej w Dunblane. Przyniósł ze sobą cały arsenał: cztery pistolety (na wszystkie miał pozwolenie) i ponad siedem- set sztuk amunicji – wystarczająco dużo, by zabić każ- dego obecnego tego dnia nauczyciela i ucznia. Hamilton minął aulę, w której odbywały się apele, i wszedł do sali gimnastycznej, gdzie chwilę wcześniej rozpoczęły się zajęcia wychowania fi zycznego. Dzieci właśnie się roz- grzewały, kiedy padły pierwsze strzały.
Szedł prosto na mnie – opowiadała potem na łamach „Scotsmana” Eileen Harrild, jedna z nauczycielek. – Nie zatrzymywał się, nic nie mówił, po prostu szedł w moim kierunku i patrzył na mnie. A potem wycelował we mnie swoją broń i strzelił.
Rażone gradem pocisków na ziemię padły kolejno Eileen Harrild, Mary Blake i Gwen Mayor. Dwie pierwsze kobiety miały sporo szczęścia – pociski zma- sakrowały im ramiona i nogi, ale obie przeżyły. Trzecia, trafi ona sześć razy (m.in. w głowę), zginęła na miejscu. Potem uzbrojony po zęby Hamilton zaczął strzelać do bezbronnych dzieci. Część z nich uratowały opiekunki Harrild i Blake. Zachowały zimną krew, mimo że same były ciężko ranne.
(...) Ciąg dalszy w bieżącym numerze Śledztwo 4/2011.