We francuskim mieście ludzie zaczynają nagle wariować.
To choroba czy może tajny rządowy eksperyment?
Niewielkie miasteczko Pont-Saint-Esprit w Lan-gwedocji na południu Francji mogłoby być znane z racji historycznego położenia, zabytkowej architektury i efektownego kamiennego mostu. Tymczasem zasłynęło jedynym w XX wieku tajemniczym przypadkiem zbiorowego obłędu.
Poranek 16 sierpnia 1951 roku pozornie nie różnił się od innych letnich poranków w Pont-Saint-Esprit. Resztki nocnego chłodu kryły się jeszcze w labiryncie ciasnych zaułków, bram i podwórek, wznoszące się coraz wyżej słońce rozgrzewało mury, oświetlało złotymi promieniami górującą nad miasteczkiem gotycką wieżę kościoła św. Saturnina. Trwała codzienna krzątanina. Dozorcy zamiatali chodniki, kobiety z koszykami szły na zakupy, wokół wieży goniły się z krzykiem jerzyki. Przy Rampe du Port wóz z drewnem zajechał drogę ciężarówce: kierowca i woźnica stali na ulicy, wymyślając sobie nawzajem. Grupka wyrostków na piaszczystej łasze w pobliżu średniowiecznego mostu wrzucała kamienie do wody. Ot, zwyczajny dzień. Nie wiadomo, co pierwsze zakłóciło sielankową atmosferę. Czy auto, które ni stąd, ni zowąd w pełnym pędzie przejechało Rue Saint-
-Antoine i uderzyło w mur, czy upadający nagle na ziemię koło poczty przechodzień, wijący się z bólu? Czy może potargana dziewczyna w podartej sukience, która śmiejąc się dziko biegła przed siebie? W różnych punktach miasta zapanował chaos. Z wnętrz domów dochodził brzęk tłuczonego szkła, gdzieś wybuchł pożar. Ludzie skakali sobie do gardeł lub uciekali w ataku panicznego lęku, bełkotali od rzeczy, dostawali drgawek. Zastygłe w upale powietrze co i rusz rozdzierało natarczywe wycie syren wozów policyjnych i świdrujące uszy sygnały karetek.
(...) Ciąg dalszy magazynie kryminalnym Śledztwo 7/2011.