Przedsiębiorca budowlany wpadł w finansowe tarapaty i szybko musiał spłacić wierzycieli. Wymyślił zatem, że uprowadzi córkę milionera. O takich ludziach, jak Alicja, mówi się zazwyczaj urodzeni pod szczęśliwą gwiazdą. Jej ojcem jest Henryk Balicki, znany biznesmen z Poznania. Wprawdzie media nie umieszczały go na liście 100 najbogatszych Polaków, ale przedsiębiorca z sukcesem prowadził dużą firmę w branży budowlanej. Zarabiał krocie, więc jego córce nigdy niczego nie brakowało.
Dorastająca dziewczyna pilnie się uczyła, a że była zdolna, nauka przychodziła jej łatwo. Mimo znakomitej sytuacji materialnej Alicja nigdy nie sprawiała wrażenia rozpieszczonego dzieciaka, któremu tatuś wszystko kupi. Zachowywała się jak normalna nastolatka. Po maturze poszła na studia, skończyła z wyróżnieniem renomowaną uczelnię. Później bez problemu mogła znaleźć zatrudnienie w rodzinnej spółce, gdzie pewnie nie musiałaby się przemęczać, ale uparła się, aby samodzielnie zarabiać na utrzymanie, najlepiej prowadząc własny biznes.
Młoda kobieta zaczynała niemal od zera. Założyła nową fi rmę. Oczywiście znajdowała się w komfortowej sytuacji, bo w razie niepowodzenia mogła liczyć na pomoc rodziców. Wierzyła jednak, że da sobie radę.
– Wiele wymagała od innych, ale taka też była wobec siebie. W biurze pojawiała się pierwsza, a wychodziła ostatnia. Nie znosiła zwłaszcza spóźnialskich – opowiadali współpracownicy, ogromnie zaskoczeni tym, że 1 kwietnia 2009 roku ich szefowa nie przyszła do firmy, choć miała poumawiane spotkania.
– Nie poinformowała nas, że bierze wolne lub wyjeżdża służbowo. Primaaprilisowy żart też nie wchodził w grę. Dlatego od rana wydzwanialiśmy na jej telefon komórkowy. Włączała się automatyczna sekretarka. Ta nieobecność szefowej wyglądała bardzo dziwnie.
(...) Ciąg dalszy magazynie kryminalnym Śledztwo 11/2011.