Funkcjonariusz upił łyk kawowej lury i od niechcenia otworzył teczkę. W nocy z 24 na 25 grudnia 1976 roku około godziny pierwszej (w drodze z pasterki) nieznany sprawca kierujący autobusem marki San, należącym do Przedsiębiorstwa Komunikacji Samochodowej (PKS), potrącił trzy osoby: Krystynę Łukaszek (18 l.), z domu Kalita, będącą w piątym miesiącu ciąży, jej męża, Stanisława Łukaszka (25 l.), oraz brata, Mieczysława Kalitę (12l.). Wszyscy poszkodowani byli mieszkańcami wsi Zrębin i zginęli na miejscu. Przyczyną śmierci były obrażenia powstałe w wyniku potrącenia przez ww. autobus marki San, co ustalono podczas sekcji zwłok przeprowadzonej...– przeczytał fragment milicyjnej notatki. Odłożył kartkę i zaczął przeglądać fotografie z autopsji. Na czarno-białych zdjęciach krew wyglądała jak smoliste strugi, ciała były powykręcane, twarze zniekształcone. Raganowi zrobiło się niedobrze.
Wieś Zrębin, w 1976 roku należąca do województwa tarnobrzeskiego (obecnie świętokrzyskie), leży przy drodze z Połańca do Staszowa. Kilkadziesiąt domów, asfaltowa droga, sklep, remiza. I normalne sąsiedzkie konflikty. Od lat mieszkały tam trzy rodziny: Sojdów, Adasiów i Kalitów. Te dwie pierwsze, blisko ze sobą spokrewnione, solidarnie nienawidziły
trzeciej. Nikt już nie pamięta, skąd wzięła się ta wrogość.
(...)
Niestety, uroczystość zakończyła się skandalem. Ktoś z rodziny Kalitów zauważył, że siostra Sojdy wynosi weselną kiełbasę i część wypożyczonej zastawy stołowej.
Następnego dnia cała wieś huczała od plotek.
– Niby tacy bogacze, a na kiełbasę się połasili. Złodzieje, nie gospodarze! – skarżyła się każdej napotkanej osobie Zdzisława Kalita, matka panny młodej.
Jan Sojda nie mógł znieść takich obelg. To prawdopobnie wtedy poprzysiągł zemstę, którą Kalitowie mieli pamiętać do końca życia.
(...)
Jak to możliwe, że jednemu człowiekowi, Janowi Sojdzie, udało się zastraszyć ponad trzydzieści dorosłych osób? Czy na społeczność Zrębina podziałały przysięgi na święty krzyż pieczętowane krwią, czy może do milczenia przekonały ją otrzymane pieniądze? Przez dwa lata od popełnienia zbrodni we wsi panowała absolutna zmowa milczenia. Nawet po
aresztowaniu podejrzanych świadkowie bali się zeznawać przeciwko nim. Zbrodniarzom niewątpliwie pomógł wymiar sprawiedliwości.
Od początku procesu rozprawy miały charakter jawny, co w praktyce oznaczało, że członkowie rodziny Sojdów doskonale wiedzieli, kto co zeznawał i jak bardzo ich obciążał. Aby otworzyć ludziom usta, sąd najpierw utajnił proces, a następnie zaczął stosować wobec zmieniających wciąż zeznania i mataczących świadków kary. Kiedy nie pomogły te finansowe, sędziowie zdecydowali się na aresztowania. Za złożenie fałszywych zeznań ukaranych zostało 18 osób.
Otrzymały one kary nawet po 6, 7 lat więzienia. Szok był duży. Niektórzy po wysłuchaniu wyroku odzyskiwali rozsądek i prosili o ponowne przesłuchanie. Nad Sojdą i jego wspólnikami zawisły czarne chmury.
...ciąg dalszy w magazynie Śledztwo 2/2008.